Dzień, w którym...

Dzień, w którym... "Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia" już raz pojawił się na ekranach kin. Wtedy był to prawdziwy przebój, były to lata pięćdziesiąte, gdzie efekty nie grały tak znaczącej roli jak same wykonanie fabuły. A ta była niesamowita. Bo oto na spokojną jak dotychczas planetę Ziemię przybywa statek kosmiczny w samym centrum Nowego Jorku. Wychodzi z niego postać wyglądająca identycznie jak człowiek. I okazuje się naprawdę przybyszem z innego świata, z tym że potrafi przybierać kształty, które najlepiej współgrają w daną planetą. Tu wybrał ludzi. Początkowy komunikat, że przybywa w pokoju, szybko zostaje zdementowany - przybywa, by zapowiedzieć ludziom ich zagładę. Oznajmia, że nasza rasa jest zbyt rozszalała i za bardzo zaniedbuje planetę, dlatego musi zostać zgładzona. Chociaż na początku ludzie nie dają wiary takim opowieściom, to bardzo szybko dają się przekonać, że przybysz wcale nie żartuje. I teraz zaczyna się proszenie kosmity, by dał nam jeszcze jedną szansę. Prosimy go o litość i obiecujemy poprawę. Bardzo ciekawie zreazlizowany pomysł na scenariusz. Zazwyczaj najeźdźcy z kosmosu atakują Ziemię w ogóle nie troszcząc się o ostrzeżenie. A tu proszę, nieco inaczej. Nowa wersja, z tego roku, jest o wiele bardziej efekciarska, ale zapomniano jakby o opowiadaniu. Ale nie wypadło najgorzej.